» Blog » Star Trek
14-03-2010 15:59

Star Trek

Odsłony: 16

Star Trek

Zaliczam się do tych nieszczęśliwych ludzi, którzy w dzieciństwie (czyli jeszcze nie tak dawno temu) nie oglądali ani sprytnego pana MakGajwera, ani wybuchowych chłopaków z Ej-Tima, ani cylonowatego Najt Rajdera, ani żadnego z tych seriali, jakie powinno oglądać tak zwane normalne dziecko. No dobrze, przyznam, że z zapartym tchem śledziłem przygody dzielnych (?) prawników (?!) z JAG, ale nie sądzę, by to się liczyło. Do czego zmierzam? Otóż nie widziałem za młodu żadnego Star Treka. Dokładnie tak: żadnego. Widziało się swego czasu trzy filmy, Generations, Insurrection i Nemesis (i wiele z nich nawet zapamiętało, jak się przekonałem podczas ostatnich seansów tych tytułów), ale żadnego, nawet połóweczki odcinka któregoś z pięciu serialowych Treków. Nothin’.

 

Nothin’ aż do bodaj 6 lipca 2009 roku. Wtedy to, zgodnie z postanowieniem dokonanym jeszcze za czasów, gdy w USA leciały ostatnie, cudne Galaktyczne Battlestary, sięgnąłem po The Next Generation. Encounter at Farpoint, pierwszy odcinek serii, sprawił, że byłem w szoku. Te stroje! Te fryzury! Te kolory! Na litość Mocy, te kolory...! Straszne przeżycie. Ale jako twarda bestia, nie poddałem się, przestałem zwracać uwagę na kiczowate realia lat 80-tych tudzież wczesnych 90-tych i brnąłem dalej. A dalej, przyznam, było tylko lepiej. Szybko się połapałem w podstawach uniwersum czyli np. że holodeck co chwilę szlag trafia, nikt nie potrafi sensownie używać phasera, a każdy problem techniczny przedstawia się (i rozwiązuje) za pomocą technobełkotu (alternatywnie: trekobełkotu). W porządku, troszkę się nabijam, a prawda jest taka, że TNG bardzo mi przypadło do gustu. Nawet lekko lalusiowaty Wesley Crusher mnie nie irytował. Serio. Więcej, kupiłem sobie wcale nietani model USS Enterprise 1701-D, który teraz dumnie ozdabia moje biurko. I czeka na resztę floty.

 

Ale jeśli TNG ‘tylko’ bardzo lubiłem, to już Deep Space Nine całkiem mnie pochłonął. Owszem, na początku nie podobały mi się niektóre postacie (czego w TNG nie doświadczyłem), sztywniackie aktorstwo Avery’ego Brooksa doprowadzało mnie do szału, a tematyka religijna odrobinkę odpychała, jednak moje narzekania skończyły się bardzo prędko. W tym Treku najbardziej podoba mi się to, że był – jakby to ująć? – stacjonarny. No, w końcu to stacja kosmiczna, nie błąkamy się „boldly, where no one has gone before”, tylko siedzimy w jednym miejscu i rozwijamy bohaterów. I rozwijamy. I rozwijamy. Tych pobocznych też rozwijamy. I długodystansowe historie też rozwijamy. Mówiąc krótko, DS9 jest mroczny, ludzki i potrafi wejść pod skórę. Oj, potrafi. Popłakałem się na trzech odcinkach. Ja, fan Star Wars, trzy razy, oglądając Star Treka. Jeśli kiedykolwiek świat był bliżej końca, to ja najwyraźniej przegapiłem wszystkie znaki na niebie i ziemi.

 

Wspominałem może, że za Di-Es-Najn stał Ronald D. Moore, mastermind nowego Battlestara? No, myślę, że to wszystko wyjaśnia. Deep Space Nine to bez dwóch zdań ‘Trek’s finest’, chociaż nie da się ukryć, że jest mało trekowy pod względem zgodności z oryginalną wizją Gene’a Roddenberry’ego. Prawdą jest to, co powiadano swego czasu – Babylon 5, inny wspaniały serial dziejący się na pokładzie stacji kosmicznej i puszczany mniej więcej w tych samych latach co DS9, miał godnego siebie rywala.

 

Pozwolicie, że cofnę się nieco w czasie. W trakcie delektowania się przygodami oraz moralnymi dylematami pierwszego czarnoskórego kapitana i jego barwnej załogi, postanowiłem zrobić coś szaleńczego – sięgnąć po kilkanaście uznawanych za najlepsze odcinków The Original Series, pierwszego Treka, tego z lat 60-tych. Wspominałem, że 6 lipca 2009 zacząłem oglądać TNG? Well, wcześniej, w dniach 1-6 lipca zrobiłem sobie maraton sześciu trekowych filmów z niesamowitą ekipą Jamesa Tyberiusa Kirka. Uznałem, że ma to największy sens. TOS było dla mnie zbyt stare, pierwsza kinówka, The Motion Picture powstała zaś dwa latka po Nowej nadziei, a więc w ówcześnie totalnie nowej, dla mnie już przystępnej technologii. Anyway, kinowe przygody przemontowanego NCC-1701 i późniejszego Enterprise’a A zachwyciły mnie. Było w nich wszystko, przesłanie, humor, akcja, napięcie, postacie, klimat, no po prostu wszystko. Sięganie po TOS było szaleńcze, ponieważ byłem święcie przekonany, że czar kinówek pryśnie pod natłokiem szkaradnych realiów lat 60-tych i teatralnego aktorstwa. Myliłem się. TOS przetrwało próbę czasu i choć nie umywa się do późniejszych ST (sorry, harkorowcy ;)), to oglądało się je ze sporą przyjemnością.

 

Wracając do poprzedniej linii czasu... Czego brakowało do tej pory w Treku? Kobiety na fotelu kapitańskim. Wstyd, nieprawdaż? I dlatego – oczywiście maksymalnie uproszczając temat – dostaliśmy Voyagera. I panią Kathryn Janeway, z piątki trekowych kapitanów decydowanie mojego ulubionego, brawurowo zagraną przez Kate Mulgrew. Ten charakterystyczny głos, ta energiczność i gestykulacja. Ach, niezapomniana postać! Voyager z jednej strony ma szczęście do bohaterów (niesamowici Seven, B’Ellana, Doctor i Tom), z drugiej zaś sporo niefarta (nijacy Chakotay, Harry, Kes i Tuvok), generalnie jednak wychodzi na plus. W końcu Janeway to Janeway :) W każdym razie tą trekową serię (z najbrzydszym starshipem w roli głównej) zapamiętam jednak głównie za kilkanaście naprawdę głębokich, dających do myślenia historii, zwłaszcza z sezonu 7, mym skromnym zdaniem najlepszego ze wszystkich. Z pominięciem ostatniego odcinka, niestety, który nie tyle był słaby, co mało emocjonujący. Nie tak powinna się kończyć siedmioletnia podróż powrotna na Ziemię. Z czego, nawiasem mówiąc, stosowne wnioski wyciągnął wspomniany już Ron Moore w finale również wspomnianego Battlestara.

 

Z ostatnim odcinkiem ma też problem ostatni serialowy Star Trek – Enterprise. Zwany też nie-Trekiem, a to ze względu na rzekomą nieklimatyczność, rozbijanie kanonu (hehe, skąd my to, fani SW, znamy), zbytnie zaawansowanie technologiczne i, cios w najświętszą świętość, czołówkę z piosenką (!), z historycznymi klipami (!!) i bez przelatującego majestatycznie przed ekranem Enterprise’a (!!!). Ja Wam natomiast powiem, że wszystko to nieprawda. Ba, więcej powiem: to naprawdę bardzo dobry serial, przemyślany, mroczny, a zarazem niezwykle roddenberry’owsko optymistyczny w swej wizji przyszłej ludzkości. Główne postacie, „dowódcze trio” T’Pol-Trip-Archer, spisują się na medal, są z krwi i kości, przy tym zaś umieją zaskoczyć. Aktorsko jestem pod wrażeniem gry Jolene Blalock, która potrafiła przekazać emocje – no, może raczej nastroje, żeby nie obrazić przypadkiem żadnego Volcana ;) – swojej bohaterki w sposób niezwykle subtelny, drobnymi gestami, oczami i mową ciała. Przy okazji warto dodać, że pani Blalock to chodząca encyklopedia nt. TOS.

 

Nie napisałem o jednej rzeczy, prawda? Bez obaw, nie zapomniałem o Star Trek XI. Obejrzałem go w kinie, 12 maja 2009 roku, czyli jeszcze przed wszystkim innym Trekami. Fakt, że pomimo świetnych recenzji nie jest w stanie w moich oczach przyćmić większości wcześniejszych filmów i seriali ST, mówi dużo – niekoniecznie negatywnego. Cieszę się, że ów film nakręcono. Jest szansa, że dzięki niemu producenci telewizyjni uwierzą ponownie w magię Star Treka i powstanie kolejny serial. Jest szansa, a to niweluje wszelkie ustarwarsowienie nowej linii czasu (Star Trek nie po to jest Star Trekiem, by był kopią Star Wars, na litość Mocy!) i totalny brak głębi w ostatniej produkcji. No i Jamesa T. Kirka, który za cholerę nie przypomina kreacji Williama Shatnera.

 

Co by tu napisać na zakończenie tej przerażająco długiej notki...? Niech wszystko powie za mnie ten oto przepiękny filmik, stworzony na 40 rocznicę premiery pierwszego sezonu pierwszego Star Treka. Aha, i jeszcze jedno – Live Long and Prosper!

 

Komentarze


lucek
   
Ocena:
0
Wciągnąłem tylko tng, reszty nie dzierżę (oprócz nowych pełnometrażówek) - ale rozumiem pasję ;-)


l.
14-03-2010 20:22
Jade Elenne
   
Ocena:
0
Niestety, ja też zaliczam się do tych, którzy żadnego odcinka ni żadnej kinówki nie widzieli. Nabieram coraz większej ochoty na nadrobienie tegoż braku, mam zamiar wziąć się najsamprzód za serial - wszystkie serie po kolei.

A wszystko przez Avangardę. Widok 30 osób gadających płynnie po klingońsku (i piszących sprawdzian ze znajomości gramatyki tego języka) sprawił, że darzę fanów ST wielkim mirem.
16-03-2010 19:16
~Q__

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Miło mi, Jade Elenne, że tak nas zapamiętałaś... ;)
30-10-2010 00:21
~tomek

Użytkownik niezarejestrowany
    ale to jest durnes
Ocena:
0
jest durne
11-04-2012 18:57

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.